Opowieść Wigilijna

Autor: Dagmara Wlaźlak Data: 30 gru 2011 Kategoria: Nowości |

Opowiem Wam dziś pewną magiczną historię, pewnych zabawnych Świąt. Dawno, dawno temu za górami za morzami i oceanem, gdzieś na krańcu świata, totalnym odludziu, gdzie gdy zawieje wiatr z Sahary to nawet  internetu nie ma… a śnieg znajdziemy tylko w spray’u  wydarzyła się pewna przygoda. Posłuchajcie…

Jednak nim zacznę muszę wprowadzić pewne sprostowanie połączone z przeprosinami. Obiecałam najświeższe wieści wprost ze świątecznego stołu, ale pewne zawirowania ( miłe) sprawiły, że znalazłam się po drodze w wielu miejscach, ale oto powracam i przedstawiam Wam pełną relację z ostatnich dni. Dodatkowo, żeby nie było, że się obijam ;) przedstawiam dowód na to, że Dagmara W. pracuje i uczy się (śpi także),  gdzie tylko można:

23.12.2011  – Dzień przed

Praca wre w najlepsze. Obserwuje sytuacje rozgrywającą się w jakimś dużym, średnio oświetlonym pomieszczeniu. Dookoła pachnie cynamonem. Jestem sam… i tylko 3 postaci zgrabnie poruszające się w kuchni. W tle muzyka, ale zaraz zaraz… to chyba nie kolędy które znam…Pole widzenia mam troszkę zaburzone, bo co rusz przygniatają mnie jakąś lepką mazią. Definitywnie mi się tutaj nie podoba…Chce się ruszyć, ale nie mogę, bo lepię się do moich współtowarzyszy, którzy zdecydowanie nie przypadli mi do gustu. Ja szarmancki, wyrafinowany, dobrze ubrany ze zgrabnym brzuszkiem, każdy by mnie chciał ! A co! Obserwuje rozwój sytuacji, postaci poruszają się coraz szybciej, a cynamon pachnie coraz intensywniej…Obmyślam niecny plan podboju świata! Zaraz … zaraz, ale dlaczego ja wciąż rosnę w górę?! Coś mi tutaj nie pasuje… Jednak cóż to, cóż to?! Nagłe poruszenie, jakiś Alarm! Praca w kuchni zatrzymuje się . Bacznie obserwuje rozwijającą się sytuację. Diagnoza: Brak butli z gazem (znowu!) Rozwiązanie: Zadzwonić do pana od bombony. Cóż się jednak okazuje? Pan dziś też świętuje i nie pracuje. Ruch w kuchni zwiększa się z sekundy na sekundę , ryba po grecku, z którą zdążyłem już nawiązać ciekawą znajomość, pomrukuje ze zniecierpliwieniem , a sztuczny tłok robi już tylko jedna osoba. Topię się ze zniecierpliwienia…

1,5 h później akcja rozpoczyna się nowo tyle, że ze zdwojoną siłą i 3 parami rąk . Góra rośnie… No w końcu grają jakieś kolędy! Zapach cynamonu miesza się z zapachem czekolady. Już prawie poczułem zapach świąt. A prezenty? W tym roku chyba nie dostanę bo … JESTEM TYLKO ZWYKŁYM PIEROGIEM !

Wigilia – 24.12.2011

Ranek

….

( Tu powinno paść niecenzuralne słowo, albo cały ich potok, lecz autorka dla dobra swojego i całego społeczeństwa zdecydowała się to wyciąć)

” Pierogi się skleiły ! ”

No tak, co za wprawione kucharki po ulepieniu pierogów układają je jeden na drugim oraz posypują mąką, żeby się nie posklejały…W naszej opowieści umieszczamy ten moment w zakładce – ” Układanie wieży z pierogów” , udajemy że nic się nie stało i obmyślamy plan o kryptonimie ” Na ratunek pierogom”. W międzyczasie udajemy się na spacer w kierunku Iglesia de La Conception. Pogoda dziś bardzo ładna  z +20 °C,  ciepłe powietrze,  lecz zachmurzone niebo. Lądujemy w kościele , gdzie poznajemy ciekawego księdza, z którym wymieniamy się świątecznymi obyczajami i który to zaprasza nas na tutejszą pasterkę ( Do pierwszego rzędu).

Później staję się „wędrowcem” na stole w moim radomszczańskim domu, przez ekran laptopa postawionego na talerzu.

A teraz rozpoczynamy akcję ratowniczą . Do operacji potrzebne nam będą: garnek, oliwa, woda i nieszczęsne pierogi. Po krótkim namysle i decyzji szefa kuchni te z kapustą trafiają wrzucone w całości do garnka, a szpinakowe do piekarnika.

Tymczasem szykujemy stół , otwieramy wino, dj grzeje sprzęt i kolędy, nawet mamy świeczki! Na stół wjeżdża pierwsze danie – Barszczyk z makaronem. Ale nie, nie! nie myślcie, że to zwykły barszczyk – To magiczny barszczyk , który smaku nabiera po 3 dniach.

Żartów i śmiechów nie ma końca.

W kolejce już stoją pierogi, a raczej masa o smaku pierogów, bo kształtem to, to tego nie przypomina. Nie mniej jednak były przepyszne!

Jestem 6 na plusie z winem. Serwujemy rybę po grecku i stwierdzamy, że jednak więcej już chyba nie ogarniemy. Nadmienię, że z pierogów z farszem szpinakowym wyszła tarta ze szpinakiem… Śpiewamy, a raczej ja udaję , że śpiewam kolędy. Podtrzymujemy kanaryjską tradycję i udajemy się na wieczorną sjestę.

Potem odwiedza nas Św.Mikołaj i czas na nasz deser główny – szarlotka na ciepło z lodami i winem, ale cóż to ?! Już jesteśmy spóźnione na pasterkę! Szybkim krokiem, pod kolorowymi gwiazdkami, pustą Herradores, suniemy do kościoła. Wpadamy lekko spóźnione …

Pasterka, czyli Misa del Gallo

( Co w wolnym tłumaczeniu znaczy – Msza koguta-  <?> )

Zajmujemy miejsce tuż obok ołtarza. W środku panuje ciemność. Z prawej orkiestra przebrana w typowo kanaryjskie stroje, przygrywa opowieści,  która rozgrywa się w oknie w głównym miejscu kościoła. Kolorowe światła i ruszające się postaci przedstawiają sceny biblijne, Przyznam , że nie spodziewałam się czegoś bardziej klimatycznego , niż nasza polska pasterka , ale ku mojej uciesze zostałam mile zaskoczone. Siedziałam tak , oczarowana muzyką, tańcami i procesją , lekko wzruszona widokiem małym chłopców w kapelusikach przy blasku świec.

Podczas powrotu do domu poznajemy miłego nie znajomego zainteresowanego polskimi kolędami wyśpiewywanymi w rytm stukotu obcasów o brukowaną uliczkę. Ciepły wieczór nie zachęca do pozostania w domu, więc po sjeście i pasterce czas na fiestę!

Jeśli chodzi o kanaryjskie zwyczaje to mieszkańcy najpierw  spożywają kolację z rodziną ( Cena de Navidad) – bez dzielenia się opłatkiem i bez 12 potraw- Z reguły posiłek składa się z przystawki , dania głównego ( mięso + papas arrugadas, owoce morza, paella, czy co tam kto lubi)  i na koniec deser ( I tutaj też według gustów : tarta con leche , czekolady z migdałami i innymi bajerami , roscos del vino, ciasteczka świąteczne, śmietana z bakaliami ) a do tego Kanaryjskie wino ;) Np. El lomo.

Prezenty dostają tylko dzieci i to w postaci zabawek. Często nie ma też choinki. Po kolacji czas na fiestę, gdyż większość barów jest o tej porze otwarta.

A opowiadałam o tym  jak pewien młodzieniaszek chciał zaatakować nas petardami?! Ach! …ta dzisiejsza młodzież.

Navidades – Dzień I

Lekko nieprzytomna zaczynam dzień od świątecznego śniadania ( mniam!) z wędzonym kozim serem – typowym i bardzo smacznym tutejszym produktem. Dostajemy zaproszenie na „Wigilię erasmusów” . Każdy przynosi ze sobą jakieś smakołyki, od których uginają się 2 stoły. Nasze 3 wina znikają, nim zdążyłam mrugnąć okiem. Czym prędzej zabieram się do próbowania. Po jakimś czasie powieki nie wytrzymują próby czasu i dziwnie mają się ku sobie. Muszę opuścić imprezę i po 15 min. z głową pod kocem zapadam w świąteczny sen…

4 godziny później lekko zaspana, raczę się ciepłym barszczykiem z pierogami  w tle z kanaryjskim koncertem świątecznym. Nogi wędrowniczki decydują za mnie – wieczorny spacer, godz. 23, na dworze ciepło i ciemno. Mieszkańcy prawdopodobnie odsypiają fiesty, bo na uliczkach totalna pustka . Mocno zdziwił mnie wypadek o tej porze , efektem czego było zmiażdżenie połowy maski samochodu . No ja nie rozumiem…Żywej duszy na ulicy , nie mówiąc już o rozwinięciu prędkości na tych mikroskopijnych uliczkach . Spacerując w kółko zatapiam się w klimat Calle Herradores i de la Carrera . Mogłabym tak godzinami, choć rozkład budynków znam już na pamięć.

Navidades – Dzień II

Jakoś nie przyszło mi do głowy, że mogłabym kiedyś spędzić drugi dzień świąt na plaży – Ale dlaczego nie ? Dlatego też wsiadamy, tym razem do travel auta i zarządzamy —> Kierunek – Południe. Pogoda dziś dopisuje więc staram się łapać tyle promieni ile tylko zdołam ( Mimo, iż jestem w środku Wysp Kanaryjskich pogoda w La Lagunia nie rozpieszcza. Często wiszą nad nami szare chmury i jest dość zimno. Mimo +20 °C odczuwalna temperatura, przez wilgotność powietrza, przeszywa zimnem).

Po drodze zatrzymujemy się w przydrożnym barze, gdzie wypijam dobre barraquito z likierem i limonką, wymieniamy poglądy międzykulturowe i ruszamy dalej . Gdy zjawiamy się w Costa Adeje, słońce i ładne widoczki sprawiają, że śmieje się sama do siebie. Dziś czas spędzamy na plaży El Dunque  . Do dzikich to ona nie należy ( jak to zazwyczaj na południu), idziemy malowniczym deptakiem by potem zejść na plażę i zanurzyć stopy w ciepłym piasku. Dookoła pełno hoteli, urokliwych domków i restauracji kuszących zapachem owoców morza. Dzień mija pod hasłem „disfrutar”, czyli smakowanie chwili. Mimo iż słońce dogrzewa, woda w oceanie do najcieplejszych nie należy – Ale ja nie narzekam i daje nura.

Pod koniec dnia wspinamy się na małe wzgórze by podziwiać z góry plażę, góry, szczyt Teide i okoliczne porty wraz z wybrzeżem.

Na południu , aż roi się od polskich turystów. Zresztą południe a północ to dwie różne historie i dwa różne kraje, ale o tym w innym odcinku.

Dzień kończymy dobrą, międzynarodową kolacją by dobrze po północy paść na łóżko i zakończyć świętowanie porządnym snem.

Czasem miła odmiana od tradycji wychodzi na dobre. Jednak  ciągle twierdzę, że Polskie Święta zawsze były i będą mieć swój specyficzny klimat , którego nie da zastąpić się żadnym innym.

P.S  Nigdy nie układajcie wieży z pierogów!

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blogger.com
  • Dodaj do ulubionych
  • Grono.net
  • LinkedIn
  • Live
  • StumbleUpon
  • Twitter
  • Wykop
  • Śledzik

Odpowiedz

Copyright © 2012 Na Tropie Wszelkie prawa zastrzeżone. Projekt graficzny: Mark Hoodia , tłumaczenie: Szablony WP