El Domingo y mercado

Autor: Dagmara Wlaźlak Data: 29 sty 2012 Kategoria: Nowości |

Rynek od dawien dawna stanowił miejsce spotkań ludu. A że jak wiadomo dzieją się tam różne dziwaczne rzeczy i można spotkać ciekawych ludzi ( i rzecz jasna posłuchać ciekawych opowieści

< A: jeżeli się jeszcze coś rozumie!

B: Myślisz, że mam z tym jakieś problemy  ?!

A:  Jeżeli rozumie się co 3 wymawiane słowo, to w cale nie wątpię, że można stworzyć z tego ciekawą historię…

B: !… >)

A więc posłuchajcie:

W myśl zasady : La curiosidad malo el gato (ciekawość to pierwszy stopień do piekła)  Na Tropie zwykle ładuje się w jakieś kłopoty, mniejsze lub większe. Jednak tym razem przydarzyła się nieciekawa i dziwna<!> kontuzja, która uniemożliwia chodzenie jako takie. A że 4 ściany za dobre dla zdrowia nie są, trzeba często zażywać świeżego powietrza. No więc w ten niezbyt ładny dzień postanawiam wybrać się na miejscowy rynek.  A raczej zaczołgać, bo chodzeniem tego nazwać nie można… A w jakim celu? No właśnie nie wiem, ale jest niedziela i w Radomsku w niedzielę się chodzi na rynek. Dobra idziemy…

Kuśtykam przez moje ukochane uliczki mojego ukochanego starego miasta <3 . Wokół spaceruje bardzo dużo ludzi , a jeszcze więcej posiaduje w kawiarniach zapijając wino i inne dobre rzeczy. W odległości ok. 50 m od Plaza del Cristo, na którym to znajduje się nasz Mercado, słychać z oddali płynącą salsę. Mnie się bardzo podoba, ale że jak wiadomo rynek jest miejscem dla ludzi prostych, salsa ta należy do czegoś w stylu disco polo. No dobra niech im będzie.. Docieram do placyku i nurkuje w przeróżnych różnościach…Począwszy od kwiatów, ubrań typu rynex style i zwierzątek ( w tym papug w wielkim stresie).

Ale najlepsze dopiero się zaczyna, gdy wchodzę do wielkiej hali! A tam!- wszechświat smaków, zapachów, kolorów ii….w ogóle..aż nie wiem na co patrzeć….

Stoiska z owocami, warzywami, rybami, serami, winem, bakaliami i innymi cudeńkami. A więc chodzę tak jak zaczarowana i nagle pragnę kupić wszystko co uważam za smakowite…mniam …mniam…Atakują mnie obdarte ze skóry króliki, kurczaki no i kury, czyli galliny. Na mięsach za bardzo się nie znam, ale znawcy mówią, że mięsa z galliny jest delikatniejsze i subtlniejsze w smaku od pollo, czyli kurczaka; dalej różnego rodzaju lomo – czyli ichniejsze szyny z krowy, kaszanka z migdałami <?>, chorizo, czyli kiełbacha, almogrote- bardzo dobry ser o ostrym smaku< raczej w stylu do smarowania>, sery kozie do wyboru do koloru, mojo < mojo rojo i mojo verde> czyli czerwony i zielony sos do potraw, w szczególności do papas, miody < w tym miód palmowy>, przyprawy w workach, bienmesabe < ukręcone migdały z miodem, cytryną, cukrem i jajkiem>, owoce : pachnące mango, rozpływające się w ustach awokado, słodkie – czerwone gruszki, igo pico <aktualnie brak>, pomarańcze, banany, papaje …Z warzyw: czerwone i pachnące pomidory, dynie, bubango, masa oliwek różnych rodzajów. I rzecz jasna wyłożone świeże ryby, owoce morza, i dziwne stworki w przeróżnych marynatach. Decyduje, że mam ochotę na wszystko! A więc kupuję soczyste mango i czerwoną gruszkę – na potem. Po zwiedzeniu całego rynku i nasyceniu się widokami kroki swoje kieruje nie gdzie indziej , ale na barraquito<3.  Zamierzam poświęcić osobny wpis na temat mojej ukochanej kawy…a teraz idziemy…

Barraquito (especial) con licor, limon i canela, czyli moja ukochana kawa z likirem, limonką i cynamonem…

Po złożeniu zamówienia bacznie obserwuję rozgrywającą się przy barze i za barem sytuację. Kelnerzy zwinnie uwiają się przy maszynach parząc kawę, podając kanapki <bocadillos> i dolewając klientom co rusz alkoholu. Po mojej prawej stoi dziarska Kobita – hiszpanka na oko ostro po 70, wyczesana, umalowana i odstrojona ( jak na niedzielę przystało) ostro ustawia wszystkich facetów dookoła do pionu!  No a zapomniałam dodać, że sączy ( a raczej leje sobie do gardła) whiskey i likier z bananów, który co rusz dolewa jej kelner! Pan po prawej wtóruje pani zabawnie komentując sytuację. Popijam kawę…i obserwuje tzw. omijanie przepisów bezpieczeństwa BHP. A więc pan jefe, czyli szef tego całego grajdołka, nalewa wino < oj widać ,że ostro pędzone w ogródku za domem> do szklanki i stawia przy panu obok pani. Następnie prześlizguje się przez ladę ( tak, żeby nikt nie widział ) chowa za panem, szybko pochłania pełną szklankę wina, teraz wraca pod ladą i szybka akcja zakończona. No tego to jeszcze nie grali…no ale cóż, każdy kombinuje jak może…Ale co to kawa się skończyła… reguluję rachunek i stwierdzam, że czas na powrót  i testowanie mango…

Chodzenie na rynek jest jednym z moich ulubionych zajęć, mimo że za każdym razem oglądam te same rzeczy…Największą frajdą są ludzie napotkani na drodze…tańczący salsę, goniący swoje dzieci po całym rynku, starsze modnisie lubiące aż za nadto różne alkohole i ich wielbiciele rzecz jasna, mili sprzedawcy

( S: Dlaczego do cholery przychodzisz tu 10 raz i dotykasz moje owoce !?

D: sprawdzam , czy nadają się do jedzenia :D

S: Niszczysz mi układ artystyczny przyciągający klienta !

D: ….poproszę to mango z pod spodu   )

P. S W La Lagunie panuje głęboka zima, ludzie paradują w zimowych kozakach, długich spodniach, 2 swetrach , szaliku i rękawiczkach – Dagmara W. w sandałkach, leginsach i kurteczce letniej….

 Miłej niedzieli !

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blogger.com
  • Dodaj do ulubionych
  • Grono.net
  • LinkedIn
  • Live
  • StumbleUpon
  • Twitter
  • Wykop
  • Śledzik

Odpowiedz

Copyright © 2012 Na Tropie Wszelkie prawa zastrzeżone. Projekt graficzny: Mark Hoodia , tłumaczenie: Szablony WP