Ekspedycja północ

Autor: Dagmara Wlaźlak Data: 3 sty 2012 Kategoria: Nowości |

Na początku życzę Wam owocnego Nowego Roku i Feliz Año Nuevo!

Jeżeli chodzi o Kanaryjskie tradycje sylwestrowe to  to bawią się oni podobnie do polaków, czyli jedna wielka Fiesta!

Obowiązkowym elementem garderoby jest czerwona bielizna i czerwony krawat, żeby szczęście w Nowym Roku nas nie opuszczało, a zamiast szampana, gdy zegar wybija 12 uderzeń, zjadamy 12 winogron (Nikt nie wie dlaczego, prawdopodobnie jednego roku była jakaś nadwyżka i stworzyli taki zwyczaj, żeby pozbyć się ich z magazynów < sprytne>). No i rzecz jasna Panowie obowiązkowo w garniturach – Nawet jeżeli bawią się na ulicy.

Nasza Herradores również nie leniuchowała, dzielnie kibicowałyśmy ok. 1000 biegaczy biorących udział w biegu – San Silvestre , Lagunera,  poprzebieranych w różne stroje ( tak, tak był i nawet Spiderman!).

Ale dzisiaj nie o tym… Dziś zabiorę Was na wyprawę po północy wyspy! A więc zabieramy aparaty i ruszamy!

Jak już wcześniej wspominałam północ Teneryfy zasadniczo różni się od południa. To tak jakby dwa przeciwstawne światy, wciśnięte w małą wysepkę.  Na opowieść o południu przyjdzie kolej kiedy indziej.Skupmy się na północy.  Zaczynając od faktów ta część wyspy nazywana jest zieloną, ze względu chociażby na roślinność, która się tutaj znajduje. Oczywiście wiąże się to z nieco gorszą pogodą ( czyt. opady deszczu, więcej chmur i niższa temperatura). I to jest główny czynnik, który sprawia , że (niestety) większość turystów omija ten region, preferując smażenie udek na południu. A szkoda! gdyż północ  kryje w sobie niesamowity i wg. mnie niewykorzystany do końca potencjał.  Tutaj skupia się kultura kanaryjska, tutaj podziwiać możemy typowe stroje dawnych mieszkańców wyspy, kuchnię i tutejsze jadłodajnie zwane Guachinche , muzykę, urokliwe miasteczka  z wąskimi uliczkami i zakamarkami, ciekawą architekturę i język kanaryjski, czyli to wszystko czego na południu nie znajdziemy. Dodajmy do tego szczyptę naprawdę przepięknych widoków i wierzcie mi, że żadna pogoda nam nie straszna!

A więc ruszamy na podbój Norte ;) Jak zwykle zaczynamy naszą podróż z La Laguny—-> Cel : najbardziej wysunięty punkt na zachód—> Punta Teno

Najwidoczniej pogoda postanowiła dziś pokazać , że taka straszna nie jest, bo jest całkiem ciepło i nawet słońce często wygląda zza chmur. Jedziemy sławną już drogą: Autopista del Norte ( droga czy autostrada, ogólnie wiadomo o co chodzi). Po prawej towarzyszy nam Ocean Atlantycki z wybrzeżem wyspy, po lewej zaś różne wzniesienia, plantacje bananów i okoliczne mieścinki.Po drodze mijamy Tacoronte, Sauzal,Santa Ursulę, La Orotavę, Puerto de La Cruz i Los Realejos. To jedne z licznych ciekawych miejscowości, gdzie warto się zatrzymać. My jednak skupmy się na Icod de Los Vinos, gdzie znajduje się najstarsze i największe Smocze Drzewo na całej wyspie – Drago Millenario. Co roku odbywa się tu również ciekawy festiwal wina ( O którym już w następnym odcinku). Jak wskazuje nazwa miasta, a raczej miasteczka – wino jest jego sztandarowym produktem, a oprócz wina również winogrona i banany. Zanim Konkwistadorzy przybyli na wyspę, miejsce to zamieszkiwali Guanchowie, czyli pradawni mieszkańcy wyspy, uprawiając na dużą skalę trzcinę cukrową…

http://www.youtube.com/watch?v=cJZoOjYq3c4

Ruszamy dalej…

Z Icod już rzut beretem do Garachico , które staje się naszym dłuższym przystankiem. W XVI w. wybudowano tutaj port , który stał się największym i najważniejszym na całej wyspie. Wypływały ztąd statki załadowane winem i trzciną cukrową, które miały duże powodzenie na całym świecie i pozwoliły mieszkańcom dorobić się całkiem sporych majątków. Na początku XVIII w. wybuchł wulkan (Wyspa usiana jest wulkanami i ogólnie siedzimy na jednej wielkiej cykającej bombie ;) ) – Trevejo-  Spływająca lawa zmiotła połowę miasta z powierzchni ziemi , kończąc tym samym tzw. ” złotą epokę ” w dziejach miasta. Garachico z ogromnego portu przekształciło się w maleńką wioskę rybacką , która do czasów dzisiejszych urzeka swym niepowtarzalnym klimatem. Delektuję się falami wzburzonego oceanu, rozbijającymi się o ogromne skały wulkaniczne, obserwując pozostałości po dawnym porcie. Tuż obok stoi zamek <?> – No ja nie wiem czy tę małą budowlę, można nazwać zamkiem – którego nie omieszkam odwiedzić, a tuż obok zamku, coś co nazwijmy sklepik kanaryjski. W środku znajduje wszystko to co można wepchnąć turystom , zaczynając od koralików i kończąc na ziemniakach <papas> z sosem < mocho> zamkniętymi w pudełku <!>. Wolnym krokiem smakuję każdy najmniejszy kawałek uliczki, każde okno, drzwi , patio, roślinę i wsłuchuję się w salsę puszczaną, gdzieś z wielkiego okna pobliskiego budynku…

Jak zwykle o tej porze mój żołądek głośno domaga się, no bo przecież on by już coś zjadł. Idziemy więc do niewielkiej knajpki, smakować kanaryjskie specjały!

Jedzenie, jedzeniem, ale mnie urzekają najdrobniejsze szczegóły…Obrus w kratę, zapach owoców morza, oliwa z oliwek w małej buteleczce na stole, głośne rozmowy w stylu hiszpańskim i ogólnie sam język, który ogromnie mnie fascynuje, miły kelner i sam klimat tego urokliwego miejsca, w którym jedzenie to sama przyjemność! No i oczywiście czym byłoby jedzenie bez smaku wina…

W dalszej części naszej podróży mijamy Buenavista ( W wolnym tłumaczeniu ładny widok) -> Legenda głosi , że gdy przybyli tutaj konkwistadorzy, zostali tak zauroczeni , że postanowili nadać temu miejscu taką oto nazwę.

Odbijamy na prawo i znajdujemy się na dróżce, gdzie wita nas znak – Uwaga spadające, skały, ZAKAZ WJAZDU!  Ale nic nie stoi nam na przeszkodzie , by zaryzykować.  Po kilku chwilach ukazuje się obraz, który trzeba koniecznie zobaczyć na własne oczy! Spadające skały (klify)od nieba, aż do samego oceanu.Nie wiem czy jeżeli użyje wysublimowanych słów, będę mogła ująć wrażenie jakie wywarł na mnie ten widok…

Droga lekko spada w dół, pośród opuszczonych plantacji pomidorów. Wolno dojeżdżamy do Punta Teno, gdzie na wzgórzu mieni się Faro de Punta Teno, czyli latarnia morska. Tutaj rozpoczyna się też Teno Rural Park, przepiękny dziki teren chroniony.

Zamiast opowiadać lepiej pokażę:

Zamiast cały czas smażyć się na plaży ;) proponuję czasem zmienić kierunek i zawitać do magicznej części wyspy zwanej północą. Zapewne zaskoczy Was bardziej niż mnie.

P. S    A w następnym odcinku to co misiaczki lubią najbardziej , czyli Festiwal Wina w Icod de Los Vinos – nie taką jeszcze starą relację, specjalnie dla Państwa z miejsc , których nie ma czasem na mapie, przedstawi Dagmara W.

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blogger.com
  • Dodaj do ulubionych
  • Grono.net
  • LinkedIn
  • Live
  • StumbleUpon
  • Twitter
  • Wykop
  • Śledzik

Odpowiedz

Copyright © 2012 Na Tropie Wszelkie prawa zastrzeżone. Projekt graficzny: Mark Hoodia , tłumaczenie: Szablony WP